Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość taneczną oraz to, że Cię nie opuszczę… czyli Jess o tańcu.

Taniec to mój najsilniejszy dowód na miłość od pierwszego… kroku. Ponad 10 lat temu po raz pierwszy nieśmiało weszłam na salę taneczną. Usłyszałam muzykę… zrobiłam krok… i… wiedziałam, że to jest to. Tam, wtedy zrodziło się coś, co trwa do dziś… wielka miłość i pasja.

Wszystko zaczęło się od salsy. Miałam przyjemność odkrywać ją w obecności najlepszych instruktorów w kraju. Ich wiedza i umiejętności były baaardzo motywujące. I tak oto, w krótkim czasie, szkoła tańca stała się moim drugim domem. Prosto po szkole, pojawiałam się na zajęciach i zostawałam aż do ich zakończenia. Zarwane noce, zaburzony cykl dnia, zaniedbane obowiązki… warto było, bo nic innego nie dawało mi takiej możliwości rozładowania emocji, a naładowania baterii. Była salsa, byli ludzie, była muzyka, salsoteki, festiwale, wakacje. Był klimat. Także z początkami mojego życia tanecznego zawsze będą kojarzyć mi się czasy salsy kubańskiej. Mam do nich ogromny sentyment, a na samą myśl, nie jestem w stanie się nie uśmiechnąć, choćby sama do siebie.

 

Nadszedł  kolejny etap. Wróciłam do swoich ukochanych Stanów. Było cudownie… poza jedną rzeczą. Tam prawie nikt nie tańczył kubany. Jednak, że już od tańca byłam mocno uzależniona, zaczęłam eksperymentować z tym, co w Nowym Jorku na tamten moment rozwijało się najbardziej, czyli z bachatą dominikańską i salsą liniową. Nie trwało to długo ‐ bachata dominikańska – moja druga miłość. Trudno to opisać bo o tym się nie pisze, to się tańczy. Dominikaną przewodzi radość, zabawa, może i trochę zaczepki, ale na pewno odrobina szaleństwa. W  tym  tańcu człowiek, trochę tak jak pies  spuszczony ze  smyczy, staje się wolny.

Z  sercem oddanym już bachacie dominikańskiej, wróciłam do Polski. A tu w temacie… prawie, że pusto. Jak to mówią  potrzeba, matką wynalazków. Tak więc  przyszedł czas na bachatę sensualną. Hmmm… ten taniec szczególnie, nieustannie uczy mnie wychodzić poza swoją strefę komfortu, uczy mnie kobiecości, odwagi, skupienia, wyciszenia. Daje mi możliwość doświadczania tego, co poprzednie style nie dawały. Uzupełnia je o  nowe przemyślenia, np. o to, że dystans oznacza dokładnie tyle, ile znaczenia mu sam nadasz…

Kizomba. Kizombę zaczęłam tańczyć przez… przypadek. Ktoś kiedyś poprosił mnie do tańca, na co odpowiedziałam, że tego nie znam. W odpowiedzi usłyszałam „nie szkodzi”. No to poszłam… ale z taką myślą z tyłu głowy, że zaraz partner przekona się, że jednak „szkodzi”. Jednakże ku mojemu zdziwieniu, partner miał rację. Przetańczyliśmy dobre kilka utworów. Dlaczego? A dlatego, że w kizombie, jedną z rzeczy, która liczy się najbardziej, to kontakt. Kontakt partnera z partnerką. Szczególnie w ten taniec, nie wchodzi się z gotowym planem, ale z otwartym umysłem. Trzeba być tu i teraz, a nie tam i zaraz.

Najmłodszym elementem mojego życia tanecznego jest „odwrócenie ról”. Spojrzenie na taniec z innej perspektywy, z perspektywy osoby prowadzącej. Ciągle uczy mnie to odwagi i inicjatywy, a jednocześnie pokory i takiej „tanecznej empatii”. Ale również bycia lepszą partnerką kiedy role znowu się odwrócą…

Tak więc. Zaczęło się od salsy kubańskiej, przyszła kolej na bachatę dominikańską i troszkę salsy liniowej. Nieco później pojawiła się bachata sensualna, kizomba i prowadzenie w bachacie. Po tej krętej drodze natknęłam się też na elementy merengue, reggaeton’u, zouk’a, tanga, baletu, tańca współczesnego. A to wszystko zakończyło się na… W sumie nie, to się nie zakończyło, ja się dopiero rozkręcam… Sama jestem ciekawa co będzie dalej.

W każdym razie, sporo przede mną, ale też sporo już za mną. Przez ostatnie 10 lat miałam ten przywilej doświadczać tańca w wielu formach, w różnych szkołach, miastach, krajach i kontynentach. Z perspektywy partnerki, partnera, kursanta, instruktora, rozwoju osobistego, psychologii, ale też takiego zwykłego codziennego funkcjonowania. To mój sposób na mętlik, na chorobę, na kryzys, na złamane serce, na medytację, na poprawę nastroju. Mój sposób na życie*.

Bo tak (nawiasem mówiąc) na parkiet nikt nie wchodzi z pustymi rękoma, tylko właśnie z całym tym, nieraz ciężkim, bagażem życiowych doświadczeń. Sztuka polega na tym, żeby zaprezentować go w taki sposób, żeby ktoś to „kupił”. Do tego trzeba być wiarygodnym. Czyli być sobą. W tańcu. I jedynie w taki sposób uczynisz go wyjątkowym. W przeciwnym razie, naśladujesz tylko cudze kroki.

*P.S. Po przepis, zapraszam.